niedziela, 10 listopada 2013

Mój dzień w Gruzji

Dawno już nic nie pisałam. Nie znaczy to oczywiście, że nic ciekawego u mnie się nie wydarzyło. Wręcz przeciwnie. Mogę w końcu z czystym sumieniem powiedzieć, że Europa Family zaczęła  aktywnie działać i realizować pierwsze projekty/eventy. Bałam się przez moment, że mój EVS będzie przypominał wakacje agroturystyczne/niekończący się relaks/podróżowanie. Oczywiście na wspomniane alternatywy również w ciągu 9 miesięcy znajdę czas, ale w końcu przyjechałam tutaj żeby zrobić coś konkretnego, zdobywać nowe umiejętności, uczyć się, itp. .

Początki były trudne. Teraz też wcale nie jest łatwiej. Gruzińska rzeczywistość często daje nam popalić, komplikuje pewne łatwe wydawałoby się sprawy, zaskakuje i zmusza do szukania coraz to nowych i lepszych rozwiązań - odpowiednich do panujących tutaj warunków. Problem na początku była właśnie jej nieznajomość, a przede wszystkim naszego funkcjonowania w przestrzeni publicznej. Mamy wiele pomysłów i olbrzymi zapał, ale czasami jeszcze nie jesteśmy w stanie stwierdzić czy dany projekt wypali czy nie. W tym momencie przydałaby się jakaś cenna rada kogoś kto urodził i wychował się w Ozurgeti. 

Samo przygotowanie projektów, czyli np. promocja Gry Miejskiej w szkole wymaga wysłania oficjalnego pisma do P. Dyrektor, obowiązkowo z pieczątką, udania się osobiście do gabinetu P. Dyrektor i przedstawienia naszej propozycji. Warto również oficjalnie wystąpić o zgodę na powieszenie wykonanego przez nas plakat. Nie muszę wspominać, że problem stanowi również komunikacja językowa. W Ozurgeti znajduje się 5 szkół publicznych. Jedna Dyrektorka mówi po angielsku, jedna po niemiecku, a z pozostałymi trzeba szukać swojego szczęścia rozmawiając po gruzińsku lub udać się jak zwykle w asyście osobistego tłumacza.

Mój czas pracy jest w zasadzie nienormowany. Europa Family sama planuje sobie plan działania. Działamy w oparciu o eventy przewidziane na każdy weekend. W ciągu tygodnia je planujemy, przygotowujemy, dbamy o stronę techniczną i organizacyjną, promujemy, a w weekend działamy. Naszym biurem, a często i moją stołówką/sypialnią/garażem/przechowalnią bagażu/miejscem gier i zabaw/kawą na balkonie w słońcu - jest mieszkanie Europa Family. Ogromnie jestem im wdzięczna za wsparcie, które mi niestrudzenie i codziennie udzielają, czyniąc moje dni spędzone w centrum mniej bezproblemowymi i spokojniejszymi.

Mieszkam 26 min na piechotę od centrum. Na rowerze będzie to jakieś 18 min (zależy w którą stronę jadę). W stronę centrum jadę wolniej, ponieważ hamulce skutecznie blokują mi koło, ale z drugiej strony, nie stanowią żadnego problemu przy zjeździe z górki. W zasadzie nie działają. Opanowałam już technikę jazdy na mojej nowej Strzale i mogę sama przemieszczać się z domu do centrum. 

Nie jest to jedyna technika jaką opanowałam. Kolejną jest umiejętność błyskawicznego zapakowania się na cały dzień w mały plecak (plus czasami bagażnik roweru). Wychodząc/wyjeżdżając rano z domu nie wiem jak zakończę ten dzień. Nie wiem co się wydarzy. Każdy dzień jest dla mnie podróżą;) Idę w krótkich spodenkach i ocieplaczu, ale w plecaku już mam przegotowane długie spodnie, bluzę i kurtkę. Laptop także obowiązkowo zabieram. Nie jestem wielkim wsparciem dla Europa Family jeśli chodzi o rysowanie/malowanie/pisanie (szybko się o tym przekonali), ale staram się przynajmniej kwestiami technicznymi zająć. Co jeszcze w plecaku? Kawa 3w1 żeby nie musieć martwić się o mleko (temat mleka już opisywałam we wcześniejszym poście), czasami zupka instant (ale raczej zawsze jemy normalne obiady w domu Europa Family albo na mieście), koszulki na zmianę (bo slacka ćwiczyć może będziemy albo na noc zostanę "spontanicznie" relaksowac się), kostium czasamu też się przyda (idziemy nad rzekę albo jedziemy nad morze), dokumenty jakieś, scyzoryk, odblaski na rower, bidon z wodą i chyba tyle w zasadzie. Jak idziemy w góry, to oczywiście sprzęt i buty potrzebne na wędrówki. 

Ogólnie to codziennie muszę analizować "co mam dzisiaj zrobić ze sobą i ze swoim życiem"? Rano, o 18 i wieczorem. Rano - co mam spakować, jaki plan dnia. O 18 - wracam na rowerze, idę na piechotę, jem obiad u siebie czy zostaję kończyć pracę/projekt/idę na slacka (o 18.30 zachodzi słońce). Wieczorem powrót na rowerze odpada, czyli oznacza to garażowanie go w  domu Europa Family. Pozstaje mi analiza, dzwonię z zapytaniem do mojego Gruzińskiego Taty czy po mnie przyjedzie, czy wrócić taxi. czasami zostaję na noc w mieszkaniu Europa Family. Przygotowali specjalnie dla mnie przeznaczone miejsce i zawsze dbają o to żeby nie brakowało mi wrażeń.

Co mogę powiedzieć więcej? Zakończyliśmy już kilka projektów. Przygotowaliśmy Grę Miejską dla szkół publicznych, Hug Day, test z angielskiego dla Euroclubu, sadziliśmy kwiaty w Centrum Pomocy Ofiarom Przemocy Domowej. Moi znajomi z Europa Family w tygodniu pracują również w szkołach jako wolontariusze dając lekcję z francuskiego i niemieckiego. Poza tym będziemy dawać też lekcję z angielskiego. Mój kolega organizuje zajęcia dla chętnych ze slackline i gier planszowych.

City Game i Hug Day okazały się sukcesem. Oczywiście zawsze może być lepiej, jest parę rzeczy do poprawy, nie wszystko przebiegało bezproblemowo, ale byliśmy pozytywnie zaskoczeni i po zrealizowaniu tych projektów czuliśmy wielką satysfakcję.

Ostatnim wydarzeniem był Cooking Event. Napracowaliśmy się bardzo, promowaliśmy wydarzenie, pomagał nam Euroclub, przez cały dzień  gotowaliśmy jedzenie dla 400 osób (w 1 dzień zrobiłam więcej tortilli niż w całym moim zyciu), ale niestety w zasadzie nikt nie przyszedł. O 18 Ozurgeti zamarło, stało się miastem widmo. Przyszli tylko nas znajomi, za co oczywiście jesteśmy im wdzięczni. Możecie się tylko domyślać jaka była proporcja zyski/straty. Zostało mnóstwo jedzenia (okoliczne pieski miały niezłą wyżerkę dojadając po gościach), które musieliśmy zabrać do domu. Ogólnie masakra. Rozczarowanie wielkie. Pociesza mnie tylko fakt, że znów sprawdziliśmy jako Europa Family. Dzień spędzony w kuchni w towarzystwie Europa Family i kucharek/kucharzy z restauracji był zabawny i niezapomniany. Jeden z fajniejszych dni spędzonych tutaj. Jako wolontariusze wykonaliśmy nasz plan w 100 proc., a nawet w 150 proc. Bardzo byliśmy dumni z pracy Euroclubu, nasze relacje się zacieśniają. Co poszło nie tak?  Odpowiedź znajdziecie w 2. i 3. akapicie.

Dzisiaj w nocy wyjeżdżam do Tbilisi. W pociągu będę świętować Dzień Niepodległości, a przede wszystkim święto dwóch niezmiernie dla mnie ważnych i kochanych osób:) Z tego miejsca życzę Wam już teraz wszystkiego co tylko najlepsze, bo na to najzwyczajniej w świecie zasługujecie:)


W środę jadę na szkolenie EVS do Sighnaghi. Do Ozurgeti wracam za tydzień. Spodziewajcie się wtedy masy świeżych postów;)













poniedziałek, 28 października 2013

"To który szczyt zdobywamy? Ten? Ok, why not", czyli jak Crazy Goats wspinały się na Sakornię (2755 m) ;)

W zeszły piątek Europa Family postanowiła skorzystać z możliwości wybrania się w góry z doświadczonym przewodnikiem. Naszym celem było Bakhmaro, letnia miejscowość położona na wysokości 2050 m n.p.m. . W trakcie sezonu tętni życiem, ale w zimie zamiera i trudno tam uświadczyć żywego ducha. Miasteczko sprawia wrażenie opuszczonego i myślę, że mogło być miejscem akcji wielu filmów grozy. Poza tym jest naprawdę urokliwe. Dookoła góry, kolorowe domki porozrzucane na zboczach, rzeka przecinająca miasteczko... Cisza i spokój...

O ósmej umówiliśmy się z przewodnikiem pod domem Europa Family. Zapakowaliśmy się sprawnie i bezproblemowo w 7 osób do 5 - osobowego samochodu terenowego. Było bardzo wygodnie, nawet jedna osoba miała miejsce leżące na naszych kolankach. Trochę odczuwała pewien dyskomfort na serpentynach, ale wspólnie próbowaliśmy temu zaradzić. Ogólnie było bardzo wesoło i coraz bardziej utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że nasza wycieczka będzie jedną, wielką przygodą/anegdotą do opowiedzenia.

Po dwóch godzinach niekończących się żartów i śmiechów, dojechaliśmy do domku letniskowego naszego przewodnika w Bakhmaro. Przygotowaliśmy w pośpiechu śniadanko. Na stół wjechały produkty pochodzenia gruzińskiego, francuskiego i polskiego. Żadna wyprawa Europa Family nie może się odbyć bez pasztetu podlaskiego!! Niestety, został nam już tylko jeden..;(  Trzeba będzie pomyśleć o uzupełnieniu zapasów. Kto chce do mnie przyjechać, to musi zapłacić frycowe w postaci pasztetu i Berlinek!! Postanowione ;)
Po zjedzeniu śniadania, przyszedł czas na wycieczkę w góry. Wycieczkę, która przerodziła się w  wyprawę. Jest to istotna różnica. Muszę na wstępie zaznaczyć, że jestem zupełnym laikiem jeśli rozmawiamy o chodzeniu po górach. Góry w Polsce zazwyczaj widzę zimową porą jak wjeżdżam na nie kolejką/krzesełkiem/orczykiem, czyli uprawiając sporty zimowe. W wakacje zawsze ciągnęło mnie bardziej nad morze i na Mazury - jednym słowem sporty wodne.  Jak zdobywać szczyty po raz pierwszy, to dlaczego nie w Gruzji...;)

Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy od wejścia do samochodu. Zjechaliśmy z góry, przeprawiliśmy się przez rzekę samochodem (po co w ogóle budować mosty??) i zaczęliśmy podjeżdżać pod górę. Wyżej, wyżej i jeszcze wyżej. Oczywiście żartom nie było końca - w końcu my przecież takie  chojraki;)  "Sami możemy podejść pod górę, co nie? Po co w ogóle samochód? Mamy nogi, to możemy iść. A może wjedziemy samochodem na szczyt? Może wysiądziemy, bo szybciej wejdziemy na szczyt niż ten samochód podjedzie pod tę górę? Itp. :). Wisienką na torcie była sytuacja kiedy wpadając "prawie" samochodem w szczelinę, nawigator pokładowy zaczął przeraźliwie ostrzegać nas przed katastrofą ("Crush! Crush! Crush!"). Oczywiście, gdy po wielogodzinnym chodzeniu po górach w końcu dotarliśmy do samochodu, dziękowaliśmy przewodnikowi za podjechanie tak wysoko i wspominaliśmy nasze wcześniejsze "żarty" z pożałowaniem.
Zdobycie Sakornii nie było naszym celem. Zdobyliśmy go tak przy okazji. No bo dlaczego nie? ;) Początkowo mieliśmy tylko pochodzić trochę po górach i wrócić do samochodu. Dotarliśmy do miejsca, gdzie roztacza się piękny widok na szczyty. Popstrykaliśmy zdjęcia, a w zasadzie ich milion. Pozując, skacząc, spontaniczne, portretowe, do wyboru - do koloru ;) Mieliśmy już wracać, kiedy przewodnik wskazał na jeden z trzech szczytów i zapytał się nas czy nie chcemy na niego wejść. Naszą odpowiedzią było "Why not?" Ja to w ogóle zrozumiałam, że idziemy po prostu na jakieś tam wyższe wzniesienie, bliższy "mały" szczyt. Spoko, ja nie wejdę? Dam radę. Nic, że nie mam pojęcia o wspinaniu się, padam po 10 metrach intensywnego człapania pod górę (dobrze, że przynajmniej szybko się regeneruję - z jakiegoś chyba powodu gram na hali na bramce...). Nic, że niosę na plecach swój cały dobytek (no bo przecież w górach pogoda zmienia się bardzo szybko i trzeba być zawsze przygotowanym). Nic, że na szyi cały czas dynda mi aparat ( w końcu jestem paparazzi wszystko musi być uwiecznione na zdjęciach) i grozi mu zakończenie swojego żywota (niebezpiecznie bliskie spotkania ze skałami i śniegiem). Jednym słowem, jak wygląda wspinanie się bez wyobraźni w wykonaniu Joanny. :) Ale w sumie może to dobrze... Jakbym była świadoma tego co mnie czeka, to istniałaby możliwość wycofania się z tej wspinaczki, A tak to: "Why not?" ;)
Wspinanie oczywiście do najłatwiejszych nie należało. Było mnóstwo chwil zwątpienia, obliczania sobie dystansu "od skały do skały, przerwa", przystanków na "zdjęcie i wodę", błagalnego spoglądania na najbliższy szczyt myśląc, że to już meta i słów wsparcia od "Drużyny Pierścienia". Była też ogromna radość i szok jak się okazało, że wspięłyśmy się na szczyt. Bo myślałam, że to ten kolejny... Dziecko we mgle normalnie...;)

Oczywiście bardzo się cieszyłam jak dotarłyśmy na szczyt, ale musiałyśmy jeszcze z niego zejść. Już chyba nie wiem co było trudniejsze...Na pewno było zabawniejsze;) Zbieganie po śniegu, niezliczone "gleby", zapadanie się w zaspach, gonienie "przewodnika-kozicy", w pośpiechu dzielona   "kawałkami" Krakowska  (smak i zapach Krakowskiej w górach - bezcenne) i najbardziej soczyste jabłko na świecie (taaaak...., "na głodniaka" wszystko tysiąc razy bardziej smakuje), woda uzupełniana w mijanych strumyczkach, przeprawianie się przez strumienie, wędrowanie bez endu w górę i w dół, niekończące zapewnianie przewodnika, że już za tym wzniesieniem stoi samochód i nasze miny jak się okazywało, że jeszcze jedna "górka" do pokonania = PRZYGODA :)

Może mój opis wygląda trochę dramatycznie i może się zdawać, że w ogóle mi się nie podobało. Nic bardziej mylnego. Czułam ogromną satysfakcję jak udało mi się dotrzeć na szczyt i z niego zejść ( w końcu odwrotu nie było ; D ). Przeżyłam fajną przygodę, pierwszy raz wspinałam się tak wysoko i cieszę się, że dałam radę. Jest to mój osobisty sukces.  Impossible is nothing!!!
























poniedziałek, 21 października 2013

Gruzińskie świętowanie

Bardzo szybko zaczyna do mnie docierać, dlaczego wiele osób po przybyciu do tego kraju zakochuje się w nim po uszy:) Czas potrafi tutaj płynąć powoli, po czym nagle błyskawicznie przyśpiesza i każdy dzień obfituje w nowe przeżycia. Od tygodnia zbierałam się żeby zaktualizować swój blog, ale nie było mi to dane;) A to powitalna supra, a to wycieczka do Batumi, a to wizyta w sąsiednim miasteczku z okazji święta, a to wypad w góry, a to kolacja w gronie Europa Family. Cały czas coś się tutaj dzieje :) A przede wszystkim „dzieje się” w wielu wspaniałych miejscach i w towarzystwie jeszcze wspanialszych ludzi:)
                       

Gruzini są niesamowicie przyjacielskim, otwartym narodem. Szczęście i zadowolenie gościa jest dla nich priorytetem. Musi być „pełny i syty”, o czym mieliśmy okazję przekonać się trakcie supry oraz w szczególności w trakcie pobytu w Likhauri.




W zeszły piątek zostaliśmy zaproszeni na powitalną suprę. Było bardzoooooo wesoło, dawno się tak nie śmiałam. Jedzenia i trunków nie brakowało;) Wino bardzo mi smakowało, delektowałam się nim przez cały wieczór i bardzo się zrelaksowałam. :) Obsługa cały czas donosiła kolejne potrawy, wymieniając tylko talerze. Już nawet nie pamiętam ich nazw, ale wszystko było przepyszne. Jeśli chodzi o trunki, no to cóż mogę powiedzieć? ;) W Gruzji bardzo istotną rolę odgrywają toasty. Nie pije się bez powodu. Toasty wygłasza Tamada albo wskazana przez niego osoba. W trakcie wznoszenia toastów ani między nimi nie można pić nalanego wina. Po zakończeniu toastu należy wypić wino do ostatniej kropelki. Pierwszy toast Tamada wznosi zazwyczaj za pokój na świecie, drugi za powód spotkania, a następnie w dowolnej kolejności za przyjaciół, rodzinę, zmarłych, itp. Toasty potrafią być długie oraz bardzo poetyckie. W trakcie toastu za zmarłych, męska część grona musi wypić wino na stojąco. Toasty są wznoszone bardzo często i wraz z upływem czasu stają się one coraz bardziej pomysłowe.




Wycieczka do Likhauri pozwoliła nam poznać wielu ciekawych ludzi, zobaczyć tradycyjne tańce ze wszystkich regionów kraju i „zakosztować” Gruzji w pigułce. Na obchody lokalnego składała się część artystyczna, przemowy ważnych osobistości oraz prezentacja produktów i potraw pochodzących z wielu stron kraju. W trakcie naszego odkrywania coraz to nowych stolików regionalnych mieliśmy okazję potwierdzić w 100% wszystko to, co do tej pory mówiło się o gruzińskiej gościnności. Dosłownie nie mogliśmy przejść obok żadnego stolika niezauważeni. Proponowano nam wszelkie potrawy, na ciepło i na zimno, słone i słodkie, owoce. Nie mogło również zabraknąć wina i chachy domowej roboty. Odwiedziny każdego stolika wiązały się z interesującymi rozmowami, pamiątkowym zdjęciem, a czasami nawet mini koncertem z okazji naszego przyjazdu. Obecność Europa Family była chyba też jakąś sensacją lokalną...My robiliśmy zdjęcia i nam je robiono;) Dzień pełen wrażeń. Jednym słowem - „Crazy country, crazy people”...;)


 









niedziela, 20 października 2013

„Europa Family” w Batumi:)

„Europa Family” jest w ciągłym ruchu. Kolejnym naszym przystankiem była „Czarnomorska Perła”, czyli Batumi. Wyprawa do Batumi wiązała się z wczesną pobudką, ponieważ pociąg odjeżdżał ze stacji kolejowej w Ozurgeti o godzinie 7.55. Cena biletu wynosiła 50 tetrii (jeśli kupowany wewnątrz pociągu) albo 80 tetrii (jeśli kupowany w kasie na stacji kolejowej). Dlaczego bilet kupiony w pociągu jest tańszy? Nie ma pojęcia. Jest to pierwsza rzecz, która mnie zaskoczyła w trakcie tej podróży. W Polsce nie opłaca się przecież kupować biletu od konduktora?






Jak przebiegła podróż lokalnym pociągiem? Bardzo ciekawie. Jechaliśmy pociągiem, nie było w nich przedziałów. Do dyspozycji mieliśmy wiele miejsc siedzących, a także miejsca ze stolikiem. Nie powiedziałabym, że w pociągu było bardzo czysto, ale też nie było tragedii. Jeśli chodzi o zasady obowiązujące wewnątrz, to oczywiście ludzie bez problemu mogli palić papierosy, handlować „mydłem i powidłem” czy zbierać pieniążki na różne cele:)

Po 1,5 godz. jazdy dotarliśmy do Batumi, a w zasadzie na jego przedmieścia. Z dworca do centrum miasta przemieściliśmy się autobusem miejskim za 40 tetrii. Jak widzicie transport publiczny w Gruzji nie należy do najdroższych na świecie;)

W Batumi działa również gruzińskie „Veturilo”, ale jak ktoś przyjeżdża do miasta tylko na 1 dzień, to nie opłaca się w zasadzie korzystać z tego udogodnienia. Za samą rejestrację do systemu „Batumelo” w informacji turystycznej zapłacimy 20 lari (opłata za rok). Godzina przejażdżki rowerowej wynosi 2 GEL, czyli nasze 4 złote.

Batumi można zwiedzić bez problemu w jeden dzień. Do najważniejszych miejsc w mieście dostaniemy się na piechotę. Z wybrzeża można również wjechać kolejką na pobliską górę i podziwiać stamtąd miasto oraz Morze Czarne. Jeśli kogoś interesuje pokaz delfinów w delfinarium, to musi odpowiednio wcześniej zaplanować wizytę, ponieważ w zależności od tego czy pokaz odbywa się w sezonie lub poza nim, zmienia się czas i częstotliwość występów.

Miłośnikom flory na pewno przypadnie do gustu wizyta w Ogrodzie Botanicznym. Dotarcie do Ogrodu nie stanowi problemu. Jeśli jedziemy pociągiem z Ozurgeti, to po prostu powinniśmy wysiąść jedną stację przed Batumi. Z samego miasta do ogrodu dojeżdża wiele autobusów miejskich. Ja jeszcze nie byłam w ogrodzie, więc nie mogę podzielić się z Wami moimi wrażeniami. Jest to jedno z wielu miejsc, które chcemy odwiedzić z Europa Family.

Co mogę powiedzieć o samym mieście? Na pewno warto je odwiedzić, bo na każdym kroku zaskakuje i podejrzewam, że w niczym nie przypomina innych miast gruzińskich. „Podejrzewam”, bo jeszcze nie mam porównania. Wizyta Tbilisi i Kutaisi dopiero przede mną. Zwiedzając Batumi od razu ma się świadomość, że odwiedzamy kurort turystyczny, także ze względu na ceny.;) My akurat znaleźliśmy się tam poza sezonem, ale widać pozostałości po okresie wakacyjnym. Niektóre atrakcje były już nieczynne albo rzadziej otwierane. Ogólnie nie widzieliśmy wielu ludzi na ulicach.

Nie będę opisywać zbyt szczegółowo miasta, ponieważ każdy ma inny gust. Ogólnie, Batumi jest bardzo ciekawe i oryginalne miejscami. Spośród wielu pojęć, którymi określiliśmy to miasto, wymienię tylko: „Gruzińskie Las Vegas”, „Owoc pracy architekta na haju” czy „Styl Pijanego Mistrza” ;)
Spacer po Batumi, a szczególnie nocną porą musi być niesamowitym doświadczeniem. Na pewno wrócimy do tego miasta niedługo. Również po to, aby uzupełnić nasz zapas pysznego wina...;)

Aaaa...i na koniec ciekawostka dotycząca Batumi! W pobliżu portu znajduje się słynna fontanna "Chacha Tower". Chacha to rodzaj gruzińskiego alkoholu (70%). Codziennie o godz. 19 zamiast wody z fontanny wypływa właśnie chacha:)
Przepyszny turecki kebab
"Chacha Tower"



niedziela, 13 października 2013

Europa Family w podróży:)

Europa Family
Po krótkiej przerwie powracam do pisania. Szczerze mówiąc, zaczynałam się obawiać, że już ochłonęłam po pierwszych wrażeniach związanych z moją tymczasową przeprowadzką do Gruzji. Nic bardziej mylnego:) Nadal zachwycam się widokiem gór za każdym razem jak wstaję z łóżka, nadal nie mogę się przyzwyczaić do otaczającej mnie zieleni, nadal widok krówek siedzących sobie na środku drogi robi na mnie wrażenie.

Dobrze, konkrety ( i tak znów zaraz będę Was męczyć opowiadaniem o krajobrazie gruzińskim)!

"Europa family"... Bardzo spodobało mi się to określenie. Taką nazwę wymyślił  pewien mieszkaniec Ozurgeti widząc mnie i pozostałych wolontariuszy wracających z naszej pierwszej wyprawy trekkingowej (chyba tak fachowo to brzmi..).  Skorzystam z kreatywności wspomnianego Gruzina i będę się posługiwać tą nazwą przy opisywaniu wydarzeń związanych z moim pobytem w Gruzji.

Ostatnio "Europa family" jest w ciągłym ruchu:) Do tej pory odwiedziliśmy monaster  Szemokmedi, monaster w Gogieti oraz Kobuleti.

Pierwszy odwiedzony przez nas monaster w średniowieczu stanowił  jeden z największych kulturalno-edukacyjnych centrów regionu. Znany był również za sprawą potężnej biblioteki przechowującej cenne ryciny i manuskrypty. Kompleks pochodzi z XVI wieku.

 

 Jeśli chodzi o drugi cel zwiedzania, to już nie jestem w stanie udzielić tak konkretnych informacji ;) Jak po 2-3 godzinach wędrowania dotarliśmy do monasteru, okazało się, że był zamknięty. Jednak widoki ze wzgórza na którym się mieścił budyneczek, rewanżowały wszelkie trudy związane z dotarciem do tego miejsca. Mijaliśmy wioski, sady (limonki, owoce kaki, dzikie cytryny), krówki, kozy, małe prosiaczki, ale przede wszystkim cały czas podziwialiśmy niesamowity krajobraz. Ze wzgórza mogliśmy widzieć "Gruzję w pigułce" - Morze Czarne, Kaukaz, Mały Kaukaz. Połączenie - świerk, palma i śnieg na szczytach gór - BEZCENNE:)

Mały Kaukaz



Kaukaz



Wycieczka do Kobuleti miała już charakter czysto rekreacyjny - plażowanie:) Złapaliśmy rano marszrutkę i po 40 min dotarliśmy nad morze. Plaża w Kobuleti jest kamienista. I nie mówię tu tylko o paru kamyczkach dzięki którym możemy odczuwać pewien dyskomfort wylegując się na ręczniczku...;) W każdym razie nie ma tragedii, szybko można się przyzwyczaić do tego specyficznego masażu, ale lepiej nie zmieniać za często pozycji. Pogoda w Kobuleti była bardzo ładna i słoneczna, tak słoneczna, że wieczorem po powrocie, połowa mojej twarzy była dziwnie zaczerwieniona. Jaki morał? W Gruzji nawet w połowie października warto mieć przy sobie krem do opalania. Co mogę więcej powiedzieć? No cóż, pozachwycam się znów krajobrazem. Widok w oddali Batumi, morza i gór "obok" - jak zwykle - BEZCENNY:) Aaaaa, no i wykąpaliśmy się, bo było ciepło, a potem takie tam sobie delfinki  widzieliśmy skaczące o zachodzie słońca - nuda ogólnie ;)