poniedziałek, 7 października 2013

Gruzja na talerzu...:)

Od mojego przyjazdu w zasadzie nie przestaję jeść. Od środy zdążyłam już dwa razy odwiedzić jedną z lepszych restauracji gruzińskich, a w domu moja rodzinka także dba o to żebym na Święta wróciła dobrze "odżywiona". Niestety z trudem przychodzi mi odmawianie, bo naprawdę jestem ciekawa tych gruzińskich smaków, jeszcze nie było potrawy, która by mi nie smakowała i cały czas chcę więcej! ;) 

Na pewno w tych okolicznościach muszę pomyśleć o formach aktywności sportowej. Na razie mam obiecany rower z organizacji, trochę spaceruję, a dzisiaj po raz pierwszy próbowałam swoich sił na tzw. slackline. Ciekawa sprawa, ale muszę jeszcze sporooooo ćwiczyć. W piłkę nożną pewnie sobie nie pogram za bardzo w trakcie mojego pobytu w Gruzji, bo jedyna kobieca drużyna piłkarska trenuje w Tbilisi. Trochę daleko...;) Może z jakimiś chłopakami u siebie w Ozurgeti pokopię.

Tak jak wspominałam na początku posta, odwiedziłam dwa razy restaurację gruzińską. We czwartek po przyjeździe poszliśmy na powitalną kolację w wolontariackim gronie, taka trochę "supra" po naszemu. "Supra" po gruzińsku oznacza ucztę z toastami. Oczywiście nasze biesiadowanie nie było tak uroczyste, ale toastów nie zabrakło. ;) Jedzenie było przepyszne, trunki dobrze schłodzone, a co najważniejsze, spędziliśmy mile czas we wspaniałym gronie:


O to kilka fotek moich dotychczasowych podbojów kulinarnych:










piątek, 4 października 2013

Day Camp, czyli pierwsze dni z gruzińską rodzinką:)


Pierwsze dni po przyjeździe na pewno były bardzo szalone i intensywne. Nowe miejsce, nowa praca, nowi ludzi, różnice kulturowe, przyzwyczajenia, itp. .
W środę poznałam mojego szefa, baaaardzo ciekawa osoba;) Trochę przypomina połączenie p. Kwapiszewskiego z moim Tatą. Może jakoś się dogadamy ;)

A właśnie. Kwestia dogadywania się...Hmm... W tym temacie jest bardzo ciekawie. W organizacji gadamy mieszanką angielskiego, rosyjskiego, polskiego oraz gruzińskiego, co prowadzi często do zabawnych sytuacji. W domu jest jeszcze śmieszniej. Na razie głównie porozumiewam się po angielsku, ale nie chcę się za bardzo do tego języka przyzwyczajać. Mieszkam z moja koordynatorką, jej mężem i teściową. Z małżeństwem dogaduje się w języku angielskim, a z teściową moim żałosnym rosyjskim i czasami wstawię jakieś słówko gruzińskie w stylu "dziękuję, dobranoc, dzień dobry". Sami widzicie, że bez szału na razie...;) Zawsze rano, schodząc na śniadanie staram się być taka fajna i coś wydukać po gruzińsku. Jak wygląda nauka? Wstaję, ubieram się, sięgam do przewodnika, powtarzam na głos wyrażenie, wychodzę z pokoju, wracam do niego, upewniam się jeszcze raz, wychodzę z pokoju, schodzę po schodach powtarzając w głowie wyrażenie i modląc się żeby domownicy znajdowali się w jednym miejscu
i następnie wymawiam na głos wyrażenie. Oczywiście kalecząc ten język niemiłosiernie... Na tym rozmowa się kończy, bo nie rozumiem już odpowiedzi domowników...I żeby było śmieszniej, niestety często zdarza się, że domownicy są rozproszeni po pokojach, wiec jak chce ponownie "zabłysnąć" wyrażeniem po gruzińsku, to już jest za późno... Zdążyłam je zapomnieć.

Muszę przyznać, ze bardzo mi się podoba moja nowa rodzinka. Jest bardzo wesoło. Nieskromnie przyznam, ze moja osoba się do tego przyczynia. Moje próby porozumiewania się po gruzińsku, kaleczenie i "spolszczanie" rosyjskiego, migi, zdjęcia na telefonie... Trochę się tego nazbiera. Poza tym same rozmowy w języku angielskim są ciekawe i pełne żartów. Uwielbiam Teściową! Przy pomocy mojej koordynatorki jesteśmy  w stanie nawet pośmiać się z żartów sytuacyjnych. Ich też nie brakuje... Toczymy walkę o sprzątanie po posiłkach i zmywanie. Na razie wygrywam! Moim niepodważalnym argumentem jest fakt bycia członkiem rodziny;) Przyzwyczajam się do życia w nowej rodzince, uczymy się od siebie i siebie, poznajemy nasze nawyki, co też obfituje w ciekawe sytuacje. Już nawet teraz nie jestem w stanie przytoczyć wszystkich. Na pewno w pamięć mi zapadła historia z mlekiem i podejściem mojej rodzinki do obecności psa w domu. Jeśli chodzi o mleko, to ostatnio byłam bardzo z siebie dumna, że kupiłam w sklepie płatki śniadaniowe. Wieczorem z wielkim uśmiechem na twarzy zaproponowałam rodzince płatki z mlekiem, a następnie prężnym krokiem skierowałam się po mleko do lodówki. Jednakże, rodzinka sprowadziła mnie na ziemię mówiąc, że mleka jeszcze nie ma, bo sąsiadka nie wydoiła dzisiaj krowy. Niby nic takiego niesamowitego, bo przecież zdaję sobie sprawę z tego, gdzie mieszkam, ale ta sytuacja pokazała mi siłę przyzwyczajeń. Nie ma Łaciatego w lodówce! Ani pod zlewem ;)  A jeśli chodzi o psa, to prostu zaśmiewali się do łez, że jak to pies może spać w domu i do tego jeszcze w łóżku z właścicielami?! Jak im powiedziałam, że może, i że nawet śpi na poduszce wtulony w szyję, to prawie
z krzeseł pospadali:D Poza tym oglądam z nimi telenowele gruzińskie, piję kawę z sąsiadkami, pełen relaks ;)

O samej pracy na razie nic nie napiszę, bo pierwsze tygodnie to czas na moją aklimatyzację w nowym miejscu.  Razem ze mną w Ozurgeti przebywają także inni wolontariusze (Polska, Francja, Niemcy). Porozumiewamy się w języku angielskim.

We czwartek i piątek poznawałam miasto. Już wiem gdzie jest największy supermarket, bazar i najlepsza restauracja. Razem z wolontariuszami odwiedziliśmy kilka szkół publicznych, aby zaprezentować ofertę zajęć, które będą prowadzić moi znajomi z organizacji. Ja na razie staram się towarzyszyć, obserwować i jak najwięcej się uczyć. Niedługo rozpocznę swój projekt, wiec chciałabym się dobrze do tego momentu przygotować.

środa, 2 października 2013

Gruzja, czyli "Zielono mi..."

Jak już wspomniałam we wcześniejszym poście, po przylocie czekało mnie "bagażowe tetris" :)
Zapomniałam dodać (gdzie moje maniery...), że wraz ze mną do Gruzji przybyły także dwie inne wolontariuszki, Dominika i Magda. Miałyśmy okazję poznać się już w samolocie, a następnie razem podróżować do Ozurgeti jednym samochodem. Każda z nas przez najbliższe miesiące będzie przebywać poza swoim dotychczasowym miejscem zamieszkania, więc liczba bagażu była całkowicie uzasadniona ;)

Miał nas odebrać samochód typu van, a odebrało combi. Ot, taka niewielka różnica;) Trochę siłowania się i główkowania było, ale szczęśliwie zapakowałyśmy nasz "prawie" cały dobytek. Prawie, bo jedna torba musiała wylądować na dachu samochodu:) Sznurek w dłoń i bagaż został porządnie zabezpieczony, Następną godzinę miał spędzić na dachu mknącego z zawrotną prędkością samochodu:) Właścicielka opisywanej torby była początkowo zaniepokojona, ale po kontrolnym przystanku, okazało się, że torba jest "podręcznikowo" przywiązana do dachu.

Moje pierwsze wrażenia z Gruzji?

Proste, baaaaaaaaaaaaardzo zielony kraj!  Wszędzie dookoła mnie kolor nadziei, aż chce się żyć
i oddychać pełną piersią! Od razu człowiek nastawia się optymistycznie (środa była akurat bardzo słonecznym dniem).

Drugie spostrzeżenie?

Zróżnicowana rzeźba terenu, a przede wszystkim widoczne chyba z każdego miejsca góry. Dla osoby mieszkającej w Warszawie jest to niesamowite przeżycie. Dodam tylko, że jak akurat nie pada, to widzę również góry przez okno mojego pokoju. 

Trzecie spostrzeżenie?

Brawurowa jazda gruzińskich kierowców i w tych okolicznościach zaskakujące wyluzowanie krówek oraz świnek na gruzińskich drogach:)

Czwarte spostrzeżenie?

Stan techniczny niektórych budynków ;)

Piąte i najważniejsze?

Niesamowicie otwarci i przyjaźnie nastawieni ludzie:)

Czurczchela

Czurczchela
Czurczchela - orzechy laskowe w zastygniętym sosie winogronowym


Gruzjo, przybyłam!

Skoro już wyjaśniłam co mną kierowało zakładając tego bloga, mogę już bez żadnych obaw przejść do konkretów :)

W ogóle to muszę sobie narzucić jakiś tryb pracy, bo co chwile coś mnie tutaj zaskakuje, coś mi się przytrafia i w zasadzie każdy dzień jest jedną, wielka anegdotą do opowiedzenia. Obawiam się, że niedługo zacznę się już w tym wszystkim gubić.

Dobra, do boju!

Moje pierwsze wrażenia po przybyciu do Gruzji?

Zacznę od samego początku, a więc od moich przygotowań do wyjazdu. Pomijając fakt, że niektóre sprawy załatwiałam na ostatnią chwilę i tylko dzięki moim bliskim udało mi się je szczęśliwie doprowadzić do końca, to muszę powiedzieć, ze na razie jestem odpowiednio przygotowana do pobytu w Gruzji. Przekopałam internet, przeczytałam książki i przewodniki o Gruzji, zamęczałam pytaniami o "stronę praktyczną" ludzi, którzy mieli już okazję odwiedzić ten kraj... i udało się! Opłacało się zabrać tyle klamotów ze mną!

Miasto w którym mieszkam nazywa się Ozurgeti i znajduje się na zachodzie Gruzji, w prowincji Guria. W osobnym poście zamieszczę dokładniejsze informacje. Zimy są tutaj łagodne, natomiast opady deszczu częste i spore (czyt. pada non stop od środy). Przyda się na pewno odzież nieprzemakalna, czyli porządna kurtka i buty trekkingowe. Dobrze się jest również zaopatrzyć w parasol. 

Domy/mieszkania, które do tej pory odwiedziłam, raczej nie posiadają ogrzewania (tylko takie farelki jeżdżące) - koniecznie trzeba zabrać jakiś polarek, spodnie dresowe i skarpetki do spania:) Taaaaak, zostało to poparte moim doświadczeniem:)

Przyjazd do Gruzji

Nie chcę robić darmowej reklamy fioletowej, taniej linii lotniczej, ale muszę im podziękować za w miarę tanie i szybkie, a przede wszystkim bezpośrednie połaczenie do Gruzji. Lot trwa 2, 40 h. Do Kutaisi dolecimy dwa razy w tygodniu z Katowic (wtorek i sobota) oraz z Warszawy ( środa
i niedziela). 

Lotnisko w Kutaisi jest małe i nowoczesne. W tym samym czasie ląduje w zasadzie tylko jeden samolot (jedna taśma bagażowa). Zanim odbierzemy nasze walizki, przechodzimy przez kontrole paszportową, pięknie pozując do zdjęcia. Na lotnisku nie ma wózków bagażowych, bo w zasadzie od momentu odbioru naszych klamotów do wyjścia z hali przylotów mamy ok.  20 metrów. W moim przypadku nie było to takie "hop siup", bo miałam dwie walizki i plecak. Ale impossible is nothing:) Jakoś się udało, ale głównie dzięki pomocy małżeństwa które mnie odebrało;)

W kolejnym poście: "Bagażowe Tetris" w samochodzie combi;)

Gruzjo, nadchodzę!

Zanim podzielę się z Wami moimi pierwszymi wrażeniami po przyjeździe do Gruzji oraz zacznę opisywać moje kolejne przygody związane z pobytem w tym pięknym kraju, chciałabym Was prosić o wyrozumiałość. Pisanie bloga jest czymś dla mnie zupełnie nowym, począwszy od samego faktu dzielenia się z Wami moimi przeżyciami, poprzez wątpliwą jakość tekstu, na kwestiach technicznych kończąc. Mam nadzieję, że nie zanudzę Was za bardzo
i jakoś przebrniecie przez te moje wypociny. ;) 

Ten blog został stworzony głownie ze względu na moja kochaną Rodzinkę, Przyjaciół, znajomych, aby mogli śledzić moje poczynania w Gruzji i razem ze mną odkrywać ten kraj:)

Moje klamoty... W końcu na 9 miesięcy emigruję.. ;)